Chińczyk Sajgon

chińczyk-ochota

Kuchnię orientalną tworzą dania, które są charakterystyczne przede wszystkim dla krajów azjatyckich. Na smaki orientu składają się receptury kulinarne popularne w gastronomii tajskiej, chińskiej, koreańskiej, wietnamskiej oraz wielu innych im pokrewnych. W języku polskim (potocznym) przyjęło się określanie tego typu kuchni jako chińskiej, co zostało następnie zastąpione słynnym już sformułowaniem „chińczyk”. Tak więc „idziemy na chińczyka” jest obecnie zdaniem
w pełni akceptowalnym w naszym społeczeństwie i choć brzmi dwuznacznie, to nie wywołuje żadnych kontrowersji. Z tym „chińczykiem” kojarzą się nam z reguły białe, mało zadbane budki, w których miejsca jest zawsze zdecydowanie za mało. Typowym dla „chińczyka” jest także jak najprostszy wystrój (a właściwie jego brak), zwykły plastikowe sztućce, cieńsze niż bibuła jednorazowe serwetki oraz uśmiechnięta Azjatka, która po zapisaniu numeru dania na kartce, krzyczy żwawo
w stronę kuchni „kuciak w cieśće dwa razy” i patrząc na nas nadal z uśmiechem, podlicza naszą ucztę na „dwadziecia śeść” złotych. Ale co z miejscami, które starają się przełamać stereotyp i dokładają wszelkich starań, aby „chińczyk” stał się dla Polaków trochę bardziej prestiżowy?

Chinol gotowy

Za cel obraliśmy sobie, znajdujący się na warszawskiej Ochocie, lokal Sajgon. Jest to… bar? Restauracja? Knajpa? Pozostańmy tylko przy słowie „lokal”. Trudno właściwie dobrać adekwatne określenie, biorąc pod uwagę, że właściciele sami siebie na ulotkach określają po prostu jako „Sajgon”, bez żadnej adnotacji. Tak więc „Sajgon” znajduje się zaraz obok Biedronki, przy ulicy Dobosza. Niewygórowane ceny lokalu świetnie współgrają z niewygórowanymi cenami marketu, lecz mimo to „Sajgon” świeci pustkami. Na zewnętrznej ścianie budynku lokalu wywieszone są tabliczki ze zdjęciami prezentującymi wytwory tutejszych kucharzy. Wygląda to tak samo jak te podświetlone tabliczki na dworcach, gdzie mrożona-świeża zapiekanka kusi swą promocyjną ceną, w towarzystwie półlitrowej butelki coli. Domyślamy się, że będziemy mieć do czynienia z typowym barem – zamówimy „kuciaka w cieśće” i wyjdziemy najedzeni do syta za niewielkie pieniądze, ale… niespodzianka! W środku znajdują się nakryte całkiem eleganckimi obrusami stoły, a na jedynym z nich stoją dzbany zawierające dodatki do dań – taki szwedzki stół z samymi sosami. Przestronna sala wygląda, jakby właściciele nie mogli się zdecydować, czy otworzą elegancką restaurację, czy też pozostaną tanim barem, dlatego nad ladą znowu widzimy nasze ulubione podświetlane tabliczki prezentujące dania. Obok mamy też wywieszone menu z cenami, które nie przekraczają osiemnastu złotych. Zamawiamy. Tylko gdzie ta uśmiechnięta Azjatka?

Wita nas starsza pani, Polka, która dokładnie przyjmuje wskazówki – pad thai z krewetkami, bez ZIELONEGO (bo jak tu się przełamać do takiej natki?) i chrupiący kurczak. Na miejscu. Dziękujemy. Czekając na nasze zamówienie oglądamy telewizję. Właściwie to próbujemy oglądać, ale nic nie rozumiemy z chińskiego kabaretu. Zaczynamy męczyć smętną sztuczną roślinkę, stojącą na naszym stoliku. Po chwili otrzymujemy gotowe dania – pierwszy jest chrupiący kurczak. Dwa duże kotlety są faktycznie chrupiące. Ryż nie jest ani zbyt twardy, ani rozgotowany. Surówka nie jest zalana olejem, nie czuć w niej również octu, jednak jadaliśmy już lepsze. Na tym talerzu pierwsze miejsce zajmuje kurczak. Kolejne na nasz stolik trafia pad thai i tu już jest zdecydowanie gorzej. Kupa makaronu polana sosem, zapewne TaoTao z Biedronki obok. Krewetki są mikroskopijnych rozmiarów, jest ich mało i… nie smakują dobrze. Czy aby na pewno są świeże? Choć apetyt był, nie urósł w miarę jedzenia, przynajmniej w przypadku pad thai. Postanawiamy dać „Sajgonowi” jeszcze jedną szansę.

Przez kolejne dwa dni zamawiamy tam nasze obiady. Raz na wynos chrupiącego kurczaka, żeby sprawdzić, czy nie pochwaliliśmy go zbyt pochopnie. Do tego prosimy o specjalnego kurczaka „Hip Hek”, którego nazywamy między sobą KUR-CZA-CZIN-KA-MI. Kurczaczinki smakują nieźle, są to małe, panierowane kawałki kurczaka. Coś jak ten w KFC. Jeśli to naprawdę kurczak, to jest całkiem w porządku. Ryż ponownie jest smaczny, surówka poprawna. Ostatniego, trzeciego dnia, zgodnie sięgamy po chrupiącego kurczaka – zdecydowanie przypadł nam do gustu. Podczas rozmowy z panią zza lady dowiadujemy się, że to ich najlepiej sprzedające się danie. Trudno się dziwić. Gdyby jeszcze doprowadzili ten wystrój do porządku, czyli całkowicie z niego zrezygnowali, a sztućce zamienili na plastikowe, to nawet zaakceptowalibyśmy brak Azjatki. Chyba jednak sprawdza się zasada, że im gorsza buda, tym lepsze jedzenie. Ostatecznie wystawiamy „Sajgonowi” 3+ (ten plus to za chrupiącego) i musimy kontynuować nasze poszukiwania „chińczyka-idealnego”.

TWOJA OCENA: Chińczyk Sajgon
WIĘCEJ INFORMACJI

ADRES:

ul. Dobosza 12
Data opublikowania: 23 marca 2015
Źródło miniatury wpisu: lindgotuje.blox.pl
Dodaj komentarz